Dzwon Pokutny

Naszemu życiu towarzyszą dźwięki i obrazy postrzega­ne na co dzień jako coś oczywistego, banalnego. Oczaro­wanie i zachwyt pozostawiamy dla rzeczy sławnych. Stary dom, ulicę, czy podwórze małego miasteczka spy­chamy na margines poznania. Widać to zwłaszcza tu, na Zachodzie, gdzie „wyrok historii” i ludzki osąd surowo obeszły się z przeszłością. Minęły lata i oto okazuje się, że nie wiemy nic. Wystarczy jednak rozejrzeć się, a od­najdziemy miejsca naprawdę urokliwe i piękne, miejsca, dzięki którym można powiedzieć, że miasto ma duszę. Tamte miejsca.

Vivos voco, martus plango, fulgura frango[1]

Dzwony należą do owych przedmiotów, które towarzy­sząc ludziom nabrały symbolicznego wręcz znaczenia. Rzekomo miały chronić od sztormów, burz, pożarów i diabłów; oznajmiały śmierć i narodziny. Fryderyk Schiller tak pisał o zadaniach dzwonu: „Niech głosi zgodę, cnotę, obowiązek. I stworzy w gminie serc i duchów związek”[2].

Świat ma swoje wielkie dzwony, znane i podziwiane: w Moskwie — Car Kołkoł, w Londynie — Lutin, w Filadelfii — Dzwon Wolności, w Krakowie — sędziwego Zygmunta. Mało kto jednak wie, że i u nas, przez 394 lata grał dzwon osobliwy, dziwnie wpleciony w losy Korfantowa. O nim chcę opowiedzieć.

W 1335 roku nuncjusz papieski, zacny Galharcelus de Carceribus sporządił dokument informujący o istnieniu kościoła w naszym mieście. Jest to jedno z wcześniejszych, zachowanych źródeł wzmiankujących o Korfantowie. Gdy skrybowie Galharcelusa przygoto­wywali ów dokument, osada leżąca u stóp wzgórza koś­cielnego była niewielka. Zwano ją „cichym zakątkiem” i w rzeczy samej odpowiadało to charakterowi prowadzo­nego tu życia. Friedland był lokalnym ośrodkiem handlo­wym, oddalonym od spraw targających regionem, stąd dzwony Kościoła Trójcy Świętej rozbrzmiewały jedynie na Anioł Pański i na jutrznię. Spokój przerwały dopiero wydarzenia z wiosny 1516 roku. Oto szlachetny pan Fryderyk Schoff z Czyżowic pod Prudnikiem morduje proboszcza miejscowej parafii.

Według dokumentu z l ma­ja 1516 roku zawartego w Rejestrze Wacława, kilkunastu szlachciców: Nickel von Jeltsch, Lukas Buchta von Ondrzeykowicz aus Ottmuth, Johann Zakrzewsky, Georg Czernim von Tscheschdorf, Chrostoph Czernim von Malendorf, Hynek Raybnitz von Petrowitzr Laffel Sitsch von Stubendorf, Hynek Świetlik von Gesass, Georg Stop von Bartoschkowo, Geórg Lipo-wsky, Geoorg von Schcmberg, Johann Radoschowsky i Balzar Staborg von Perschenstein przyrzekło dostarczyć winnego do Opola jak tylko książę Jan II Dobry wyrazi swą wolę. W przypadku nie dotrzymania swej obietnicy zobowiązano się uiścić księciu 500 dobrych, węgierskich, ciężkich guldenów. Z treści dokumentu nie wypływał nakaz bezwzględne­go dostarczania winnego chyba, że książę wyrazi taką wolę. Czy wolę ujrzenia zabójcy Jan II wyraził? Należy przypuszczać, że nie. Fryderyk Schoff miał jedynie, w ramach pokuty za swój haniebny czyn ufundować koś­ciołowi parafialnemu dzwon. Można więc mówić jedynie o moralnym zadośćuczynieniu, o geście dla uspokojenia gawiedzi. Z tego co wiemy, owego gestu dobrej woli Schoff jednak nie wykonał.

W 1535 roku majątek Friedland stał się własnością marszałka polnego Caspara Schaff von Kynast, krewne­go zabójcy księdza. Po nim majątek otrzymał Adam Gotsch von Kynast und Fischbach, pan z Bielitz i Friedlandu (krewny Schaffa). Ten sam, który w przyszłości sprowadzi do mia­sta protestantów, a następnie sprzeda miasto za sumę 2 tysięcy talarów. On też, 32 lata po morderstwie duchowanego ka­zał odlać dla korfantowskiego kościoła dzwon.

Dzwon Pokutny, bo tak go nazwano, pełnił odtąd szczególną rolę. Był rodzajem taliz­manu. Opatrzony wezwaniem: „Pamiętaj głos Pana i wo­łania archaniołów” odzywał się rzadko. Jego spiżowy śpiew słyszano tylko w szczególnych okolicznościach. To­warzyszył Friedlandowi, gdy szły tędy obce wojska. Pa­trzył, gdy ludność miasta dziesiątkowała epidemia dżu­my (1680) i cholery (1855), gdy zabudowania trawiły po­żary (1807, 1819, 1848).

W sierpniu 1914 roku dzwon obwieścił nową wojnę. Nie było to kolejne, szybkie zwycięstwo oręża pruskie­go. Po upływie trzech lat niewielu pamiętało, o co właści­wie walczono. Na początku lipca 1917 roku władze za­żądały, by na potrzeby wojska, dostarczono do Niemodlina trzy kościelne dzwony: dzwon św. Ja­na „średni”, dzwon „mały” i dzwon „śmierci”. Dzwon Pokutny, mimo że największy (ważył ok. 772 kg[3]), został oszczędzony. Ówczesny proboszcz z Korfantowa, ksiądz Antoni Wojciech powiedział wów­czas, iż Dzwon Pokutny „wysyła pozostałe dzwony, jak matka swoje dzieci, na szalejącą wojnę światową”. Czy „dzieci” z wojny powróciły? Źródła nie informują o tym.

Nadszedł czas pokoju. Miasto stało się ponownie „ci­chym zakątkiem”. Mimo gorączki 33 roku, nie było tu entuzjastów ideologii faszystowskiej. Mówiono wtedy — „czarny Friedland” — to od bielał i czerni niedzielnych strojów. Nawet po wybuchu II wojny światowej, wszy­stko tu szło swoim zwykłym torem. Smutny był rok 1942, kiedy po raz kolejny zabrano z friedlandzkiego kościoła dzwony, w tym także Dzwon Pokutny. Ludzie przepowiadali: „Jeżeli Hitler zabiera dzwony, to wojna przegrana”.

Tak kończy się historia Dzwonu Pokutnego. Po raz ostatni zagrał pewne gdzieś na froncie wschodnim. Gdy odszedł zabrał z sobą część ludzkiej historii. Ważne, by choć pamięć po nim pozostała.

Dzwony, które dziś rozbrzmiewają nad okolicą, nie są historycznie związane z Kościołem Trójcy Świętej. Pochodzą podobno z kościoła ewangelickiego, stojącego dawniej przy Placu Młyńskim. Na jednym z nich (mniejszym) widnieje data 1848, na drugim — 1922.

Marek Misztal


[1] „Żywych zwołuję, zmarłych opłakuję, gromy kruszę”.

[2] Cyt. za: F: Chiller, Pieśń o dzwonie.

[3] Przyjmując, iż l cetnar, to 51,448 kg, 15 cetnarowy Dzwon Pokutny ważył 771,72 kg.

Print Friendly

Dodaj komentarz